Dystrybucja

Mieli zabrać pijanego, a uratowali umierającego

8 Luty 2010 | powrót

rtTakie sytuacje zapadają o wiele bardziej w pamięć strażnika miejskiego, niż codzienne interwencje. Już ponad połowa z nich przeszła szkolenia na ratownika medycznego.

Strażnik Krzysztof Kapuściński po raz pierwszy w życiu miał okazję wykorzystać umiejętności ratownika nabyte podczas szkolenia, które prowadzili olsztyńscy joannici. W ubiegłym tygodniu jego patrol otrzymał wezwanie do nietrzeźwego mężczyzny, który leżał na parkingu przy hipermarkecie Real.

Funkcjonariuszom straży miejskiej wpojono, że takich zgłoszeń nie wolno lekceważyć. - Od razu pojechaliśmy na miejsce. Jeden z przechodniów wskazał leżącego człowieka - opowiada Krzysztof Kapuściński. - Sprawdziłem, nie był pijany. Okazało się, że już nie oddycha. Był siny, a brak tętna świadczył o tym, że jego serce przestało bić. Od razu przystąpiłem do masażu serca. Po niecałych dwóch minutach reanimacji dojechała karetka pogotowia.
Gdy medycy przygotowywali sprzęt, strażnik dalej reanimował poszkodowanego. Lekarze musieli kilka razy użyć defibrylatora. Czynności życiowe udało się przywrócić dopiero po kwadransie. Poszkodowany przebywa obecnie na oddziale intensywnej terapii.

Z umiejętności ratowniczych strażnikom miejskim zdarzało się jednak korzystać już wcześniej. I choć zdają sobie oni sprawę, że nie przez wszystkich mieszkańców są dobrze postrzegani, bo ich praca kojarzy się z wlepianiem mandatów, to dumni są właśnie z takich działań, kiedy mogą uratować czyjeś życie. - Satysfakcji z tego, że mogłem komuś pomóc nie da się z niczym porównać - zapewnia Krzysztof Kapuściński.

Jarosław Lipiński, zastępca komendanta straży miejskiej: - Nasi ludzie działają “na pierwszej linii” - mówi. - Często jako pierwsi są na miejscu i dlatego tak bardzo nam zależy, żeby jak najwięcej z nich przeszło kursy ratowników medycznych. To może decydować o ludzkim życiu.

Strażnik biorący udział w akcji podkreśla skuteczność szkolenia. - Kilkudziesięciogodzinny kurs u joannitów obejmował także zajęcia z pozorantami w warunkach maksymalnie zbliżonych do rzeczywistości - dodaje Krzysztof Kapuściński. - Dlatego nie czułem stresu i wiedziałem, co robić. Działałem automatycznie. Mój kolega, który nie przeszedł takiego szkolenia, denerwował się o wiele bardziej.

Ta historia przypomina także, że człowiek, który stracił przytomność, nie musi być pijany. Może to być cukrzyk lub zawałowiec, a o jego życiu mogą decydować minuty. - Dlatego nie należy traktować obojętnie takich zdarzeń - apeluje strażnik.

Źródło: Gazeta Wyborcza Olsztyn

powrót

Dodaj odpowiedź