Trwa proces po pożarze, w którym zginęły trzy osoby
12 Marzec 2010 | powrót
Nawet osiem lat więzienia grozi Lucynie K. oskarżonej o nieumyślne spowodowanie pożaru w kamienicy przy Kraszewskiego w styczniu 2009 r. - Nie wiem, skąd wziął się ten ogień. Może było zwarcie? - powiedziała nam w przerwie czwartkowej rozprawy. Nie czuje się winna.
Lucyna K. ma 59 lat. W kamienicy przy ul. Kraszewskiego 10 mieszkała na drugim piętrze. Wieczorem 9 stycznia 2009 r. odwiedził ją znajomy. Józef P. przyniósł ubrania do trumny dla jej brata, który zmarł pod koniec grudnia.
- Lucyna K. dała mi 20 zł na alkohol, więc kupiłem pół litra, które wypiliśmy, wspominając jej brata - zeznał Józef P.
Potem przyszła bratowa Lucyny i Józef wyszedł.
Dalszy ciąg historii wyłania się z zeznań innych mieszkańców. Dorota M. z trzeciego piętra: - Poszłam spać około godz. 22, ale przed 23 obudził mnie hałas na klatce. Mój chłopak powiedział, że czuje dym. Do mieszkania pani Lucyny weszli już sąsiedzi.
Tliła się wersalka, na której spała Lucyna K. W meblu wypalona była już okrągła dziura na 30 cm, więc Dorota M. z sąsiadką zaczęły polewać wersalkę wodą.
Lucyna K. wyglądała na roztrzęsioną, ale nie chciała, żeby wzywali pogotowie. Kiedy materac był już mokry i zimny, jedna z kobiet zadzwoniła na numer alarmowy straży pożarnej. W czwartek sąd odtworzył nagranie. Zgłaszająca spokojnie referowała dyżurnemu, że był pożar, ale został ugaszony. I pytała co ma zrobić, bo nie wie, czy zdrowie Lucyny K. nie jest zagrożone. Dyżurny dopytywał, czy na pewno już się nie pali, gdy potwierdziła, powiedział, że strażacy już nie mają po co przyjeżdżać, a ona może zadzwonić na policję.
Ale na policję nie mogli się dodzwonić, więc po chwili wszyscy rozeszli się do mieszkań. Lucyna K. poszła spać do innego pokoju.
Około czwartej nad ranem mieszkańców obudził dym na klatce, krzyki. Znowu paliło się w mieszkaniu Lucyny K. - Zadzwoniłam na straż, ale już ktoś zgłosił pożar - zeznała Dorota M. - Zostaliśmy w mieszkaniu. Krzyczeliśmy “pomocy!” przez okno. Słyszałam, że ludzie z mieszkań nad nami też krzyczeli o pomoc. Potem przyszedł strażak i wyprowadził nas schodami.
Część mieszkańców strażacy ewakuowali z okien za pomocą drabiny z koszem. Państwo K. mieszkający bezpośrednio nad Lucyną K. przestraszeni dymem uciekali klatką schodową na górę. - Chcieliśmy wejść na strych, ale drzwi były zamknięte - opowiada Piotr K., oskarżyciel posiłkowy w sprawie Lucyny K. W pożarze zginęli jego rodzice i siostra. - Zaczadziliśmy się i straciliśmy przytomność.
Tylko jego udało się odratować. Ma żal do strażaków: - Gdy przyjechali, wysłali młodego strażaka, żeby sprawdził, czy nikt nie został, ale on nie doszedł na samą górę, gdzie byliśmy.
Biegły stwierdził, że pożar spowodowała lampka nocna Lucyny K., a właściwie nieosłonięta żarówka, od której zapaliła się tkanina wersalki. Dlatego Lucyna K. została oskarżona o spowodowanie pożaru.
- 20 lat używałam tej lampki i nic się nie działo - broni się Lucyna K. - Przecież ja nie chciałam wywołać pożaru i zrobić komuś krzywdy.
Prokuratura sprawdzała, czy strażacy nie zaniedbali swoich obowiązków, nie wysyłając na miejsce ekipy po zgłoszeniu o palącej się wersalce. Ale dochodzenie zostało umorzone. Prokurator stwierdził, że dyżurny i jego przełożony działali zgodnie z procedurami. - Zażaliłem się na decyzję o umorzeniu, ale jeszcze nie mam odpowiedzi - mówi Piotr K.
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław
